piątek, 16 marca 2018

Rocznica...


Otwieram lodówkę, a tam od razu, bez ogródek leci "pucio, pucio" o mojej szczęce i że powinienem więcej czytać i to przez trzy pokolenia - inaczej nici z mojej twarzy. Spokojnie przesuwam nóżkę pana Wojciecha, chwytam za kawałek ementalera, grzecznie przepraszam i zamykam lodówkę. Z wnętrza słychać jeszcze "życzliwą satyrę", albo nachalny, moralizatorski dydaktyzm. Na szczęście mocno stłumiony. Jeszcze kawałek chleba, czerwona papryka i czym prędzej wychodzę z kuchni. W tym momencie ktoś rzuca się na mnie. Lecę jak długi na twarz. Cudem udaje mi się utrzymać talerz, papryka wiruje nad moja głową. Staram się przekręcić  i próbuję złapać warzywo w zęby. Jakieś cielsko przygniata mnie do ziemi. Kątem oka dostrzegam napastników. To dwóch, losowo wybranych redaktorów muzycznych radiowej Trójki. Ciągną mnie za nogi z powrotem do kuchni. Szybko orientuję się, że opór jest bezcelowy. Sadzają mnie na przeciwko lodówki. Młodszy z dziennikarzy wpycha mi kanapkę do ust, starszy podaje paprykę - nie jem bo z podłogi. Otwierają się drzwi szafy chłodniczej i widzę pana Wojciecha w pełnej krasie. Daje koncert  w mojej prywatnej, domowej lodówce. Ależ on się rusza. Nóżką kręci w paście jajecznej, za mikrofon służy mu wędzona makrela - nie wiem skąd się tam wzięła. Mój mały mroźny amfiteatr, dźwięcznie płyną kolejne edukacyjne frazy. Czuję jak szlachetnieje mi lico. Nagle z trzaskiem otwierają się drzwi zamrażalnika i ku mojemu zdziwieniu w środku dostrzegam syna pana Wojciecha z pełnym zestawem perkusyjnym. Ależ on gra, jak się tam zmieścił. Hai - hat podskakuje wesoło, talerze wibrują aż miło. Ledwo dostrzegam pałeczki śmigające po zestawie. Co za technika, co za koncert. Wieszcz w mojej kuchni. Jeden z dziennikarzy podtyka mi pod nos biografię mistrza. Czytam, słucham, patrzę i jem kanapkę z ementalerem bez czerwonej, słodkiej papryki. Kocham pana, panie Wojtku. Łzy spływają mi po policzkach. Żuję i planuje budowę małego ołtarzyka w ogrodzie. W przyszłym roku o panu nie zapomnę. W myślach umawiam wizytę w salonie tatuażu - czuję, że muszę mieć mistrza przy sobie przez cały rok. Mały hiperrealistyczny portrecik na piersi, zaraz obok " NO WAR!" gotykiem. Moje dłonie same składają się do oklasków. To już koniec? Nie, będą jeszcze bisy! Dziennikarze radiowej Trojki na klęczkach biją pokłony. Bisy nie mają końca. Pan Wojciech w rukoli. Kominiarz przyniósł kalendarz. Zgroza, zgroza, zgroza, Guzik.

Brak komentarzy: