sobota, 24 października 2009

Andrzej..!


W tym tygodniu wszystkich elektryzuje walka Gołoty z Adamkiem. Niektórzy twierdzą, że kultowy „Endrju” przegrał wszystko, ponieważ jest w głębi ducha „subtelnym lirykiem”, poetą, kochankiem, a nie wojownikiem. Dużo w tym racji. Wywiady z nim pełne są znaków zapytania. Co wykrztusi z siebie? Czy da radę wypowiedzieć całe zdanie? Enigmatyczne wypowiedzi „błyskotliwego” boksera to znak. Tak naprawdę świadczą o bogatym życiu wewnętrznym sportowca. Tak ciężko mu powiedzieć cokolwiek nie dlatego, że jego łeb jest obity jak futbolówka, a dlatego, że trudno jest mu zwerbalizować złożoność swojej myśli. Z Gołotą jest jak z wybitnym poetą. Waży słowa, przecinki, kropki by przekazać dokładnie to co w nim. A w nim jest boks.

Urbaniak nagrał „Miles of Blue” w hołdzie Davisowi. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby pan Michał cały nie był w hołdzie Milesowi. Właściwie każdy wywiad z naszym skrzypkiem jest w kontekście jego współpracy ze słynnym trębaczem. Czytając zawsze przeżywam daja vo. O tym słynnym uścisku Milesa złożonym na karku Urbaniaka, o łzach wzruszenia i w końcu o słynnym „Yeaaach” Davisa, którym skwitował „I love you” od pana Michała. Ale ja mimo wszystko lubię Urbaniaka. W latach dziewięćdziesiątych zasłuchiwałem się w pierwszym Urbanatorze, byłem na ich koncercie w krakowskiej filharmonii i pamiętam zaskoczenie zgromadzonych kiedy na koniec wyskoczył czarnoskóry raper, rzucając rymy w kierunku pań w pierwszym rzędzie. Pań w słusznym wieku, które przyszły posłuchać światowej sławy jazzmana, a nie rap-jazzu. Na szczęście na sali było sporo osób przed siedemdziesiątką i pod koniec zrobił się z tego rasowy koncert. Nie pamiętam żeby jakaś emerytka skakała ze sceny, ale mimo to była niezła zabawa. Drugim powodem mojej sympatii dla Urbaniaka jest szczera nienawiść jaką pałają do niego środowiska muzyczne. Młodzi muzycy, z którymi na jego temat rozmawiałem podkreślają, że Urbaniak fałszuje, nie umie grać i w ogóle nie wiadomo o co z nim chodzi, ale Miles też fałszował, a mimo to był i jest wielki.

piątek, 9 października 2009

Recenzja...

"Dystrykt 9" mimo wszystkich naiwności i nieścisłości fabuły wciska w fotel. „Mój własny wróg” 21 wieku. Obawiam się, że w części drugiej, która pewnie powstanie, dowiemy się po co obcym było tyle wymyślnej broni i poznamy ich prawdziwe oblicze - na końcu statek, którym odlatuje część bohaterów, wyje jak marsjańskie machiny z "Wojny Światów" H.G. Wellsa. Ale ja, na miejscu kosmitów, po tym co tutaj zobaczyli zapomniałbym o istnieniu tego świata, albo zbombardowałbym go z orbity.

niedziela, 4 października 2009

Jednak wyjechałem...


W urodziny postanowiłem wyrwać się za miasto do Winnipeg, ale kiedy tylko przekroczyłem jego granice zrozumiałem, że nigdzie nie wyjechałem. Wręcz przeciwnie. Bo w Winnipeg jest dokładnie tak samo jak w moim rodzinnym mieście. Wszędzie lunatycy, tylko śniegu mniej za to mgły pod dostatkiem. Pikanterii mojej wizycie w tym śnieżnym miasteczku dodawał miły terkot starego projektora. Kiedy ucichł przemierzałem Moje Winnipeg (Kraków), a wraz ze mną kalejdoskop obrazów i zdarzeń. Chyba nigdy stąd nie wyjadę, ale uwierzcie mi próbowałem. Trzydzieści dwa :)

sobota, 3 października 2009

Taki ze mnie żartowniś...





Dzisiaj dwa ponure żarty dotyczące dwóch konkursów, w których brałem udział i o dziwo nie wygrałem :D Pierwsza praca dotyczy właśnie świętującego swoje 20 urodziny Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i nosi tytuł „Czarnowidz”, druga nie ma tytułu, a brała udział w konkursie „DRAW YOUR FREEDOM DRAW YOUR SOLIDARITY” W ten oto sposób zostałem artystą niedocenionym, nierozumianym, ale jak mniemam genialnym :D Jakby ktoś miał problem z „Czarnowidzem” to tutaj jest link. Wszystko jasne?;) W przyszłym roku będę nadawał Morsem.